Dzisiaj rano przeczytałem na portalu Na Temat artykuł, w którym to prowadzący firmy IT narzekają na swoich pracowników. Czytając ten tekst można odnieść wrażenie, że specjaliści z dziedziny informatyki to rozwydrzone bachory, które uważają, że wszystko im się należy. Od 10 lat pracuję zawodowo jako programista i chciałbym dorzucić swoje 3 grosze do nakreślanego tutaj obrazu.

Można sądzić, że informatycy na rynku pracy mają teraz raj na ziemi. Mogą przebierać w bardzo dobrze płatnych ofertach pracy, a przy przejściu do nowej firmy rozwijają dla nich czerwony dywan. Muszę Was rozczarować. Programistów przyjmuje się tak samo jak innych pracowników. Tak samo obowiązuje ich okres próbny i w cale nie mają jakiś wybitnych przywilejów. Firmy natomiast zdecydowanie mają pod górę szukając pracowników z określonym zestawem kwalifikacji. Kilka miesięcy poszukiwań może nie przynieść nawet jednej sensownej kandydatury, a jeśli się trafi to jeden dzień zawahania może zdecydować o tym, że potencjalny pracownik pójdzie gdzie indziej.

Trzeba również rozróżnić różne grupy informatyków. Człowiek instalujący systemy operacyjne na stacjach roboczych, to nie to samo co programista je tworzący. Tak samo zróżnicowane są zarobki. Średnie podane w tym artykule (swoją drogą według mnie zawyżone) bardziej odnoszą się do programistów, a nie pracowników helpdesku. Programista programiście również nie jest równy. Ten pracujący w PHP nie zarobi tyle, co Javowiec czy .Netowiec. Trzeba również zastrzec, że to odnosi się jedynie do większych miast takich jak Warszawa.

A jak jest z tą pozycją roszczeniową? Na początek chciałbym zadać Wam pytanie. Czy jeśli zarabialibyście 10 tysięcy złotych to 500 złotych podwyżki skłoniło by Was do zmiany pracy? Wiązałoby się to oczywiście z nowym okresem próbnym i budowaniem swojej pozycji w nowej organizacji. Nie? Tak myślałem. W takim przypadku rolę odgrywają inne czynniki.

Programiści najczęściej zmieniają pracę, bo szukają nowych wyzwań (w obecnej się zwyczajnie nudzą) lub mają nadzieję na zmianę warunków pracy. Niepłatne nadgodziny i kilkunastogodzinne dni pracy to niestety norma w tej branży. Nocne maratony przy nadchodzących deadline’ach to coś, co każdy programista przeżył. I wiecie co? Nie zdarzyło mi się, żeby jakaś firma zapłaciła za nadgodziny. Czasem zdarza się jakaś premia, ale to nie było wynagrodzenie w takiej wysokości w jakiej należałaby się zgodnie z kodeksem pracy. Limity nadgodzin też często są przekraczane.

A skąd się bierze potrzeba takiego eksploatowania pracowników? Wszystkie, ale to wszystkie projekty w IT są mocno niedoszacowane w zakresie pracochłonności. Często jest również tak, że przy zakładaniu budżetów na projekty nikt nie wpadnie na pomysł, żeby spytać choć jedną techniczną osobę o zdanie. Po co? W końcu i tak wiadomo ile klient może wydać i więcej nie da rady, a to, że chce upchnąć w projekcie jak najwięcej to już inna sprawa. Po co sprawdzać czy to się będzie opłacać. Przecież mieć kilka milionów, a ich nie mieć to duża różnica. Tak – projekty IT często planuje się od tyłu.

Po takim przygotowaniu projektu wiadome jest, że w pewnym momencie terminy będą zawalone. Zacznie brakować zasobów. I wtedy Ci dobrze opłacani pracownicy muszą pracować za kilka osób, żeby naprawić błędy, jakie były dziełem kierownictwa. Z tego powodu uważam, że wielki gest Pana co kupił pracownikom 100 samochodów nie jest wybitnie spektakularny. Gdyby nie oni, to tak naprawdę nie miałby odpowiednich funduszy na te samochody. Swoją drogę auto może się przydać jak się wraca z pracy, kiedy dzienne linie komunikacji miejskiej już nie jeżdżą.

Niedoszacowanie projektów to nie jest jedyny problem. Brak systemu zapewnienia jakości, czy nieumiejętne zarządzanie długiem technicznym to inne przypadłości, które mogą odbić się czkawką. Wykaz grzechów jest bardzo długi.

Nawet jeśli uda się informatykowi znaleźć pracę, z której będzie mógł wychodzić po 8 godzinach, to nie znaczy, że może tego dnia spocząć na laurach. IT to branża, która rozwija się bardzo szybko. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że najszybciej ze wszystkich. Wstajesz rano z łóżka i już jesteś w tyle, bo może się okazać, ze właśnie światło dzienne ujrzał nowy język programowania. Jedni pracodawcy wysyłają pracowników na szkolenia, inni nie. Najwięcej jednak trzeba pracować we własnym zakresie. Żadne bowiem szkolenie nie obejmie swym zakresem wszystkich obszarów wiedzy niezbędnej do profesjonalnego wykonywania pracy. Ciągłe samokształcenie również jest wpisane w wysokość wynagrodzenia.

Z tego powodu wydaje mi się, że informatycy mają prawo się cenić. Zwłaszcza kiedy jest ich za mało w porównaniu do potrzeb. Jedynie w ostatnim akapicie tego artykułu zasugerowany został prawdziwy problem. Jest szereg osób, którym wydaje się, że zjadło zęby na IT, a w rzeczywistości niewiele wiedzą. Bardzo łatwo jest wyłapać takie osoby na rozmowach kwalifikacyjnych. Oczywiście mają mocno wygórowane oczekiwania płacowe w stosunku do umiejętności. Tacy ludzie psują niestety opinię o porządnych specjalistach. Trzeba sporo przebierać zanim znajdzie się diament.

Link do opisywanego artykułu